Te oczy blądzą w mojej glowie, a ja nie wiem, co z tym zrobic. Nie chce tego zmieniac… czemu te oczy nie istnieja, czemu ich wlasciciel n ie istnieje i nigdy nie bedzie istniec? Ta osoba, ktorą tak kocham… Widzę te oczy caly czas oczami wyobraźni, tę osobę…
Nie ma takiej osoby, którą bym kochala. Przynajmniej nie istnieje. Na zawsze zostanę sama. Czy tak chcę zyc? Po trochu psychologicznie pomagac innym? W tak często glupich sprawach, tak bardzo błahych… I zwykle rozwiązanie wydaje sie takie proste… Ale czasem takie nie jest.
Mi naprawdę nie jest lekko. Matka na karku, kontrolująca mnie, rozkazująca, nie przepraszająca, nie prosząca, nie dziękująca, leniwa, tylko wroci i sie polozy albo do kompa pracowac, nie rozmawia ze mna i ma mnie gdzies…
Cóż… Jesli ktokolwiek wyzna mi milosc, nie wiem, czy w to uwierzę. Czy w tych czasach jeszcze sie znajdzie taki ktos, kto zechce się mną opiekowac, patrzec na mnie, doceniac mnie, szanowac, tolerowac to, ze uwazam sie za najgorszą, martwic się o mnie i mnie bronic? A przy tym kochac?
Nie uganiam sie za miloscia, tak jak wiekszosc moich rowiesniczek. Milosc, jesli zechce, sama przyjdzie…
