02/27
2010

Nie ma tytułu.

Nie ma tytułu
Po wczorajszym zamieszaniu z Jane, Rebel zdążyła ją bliżej poznać. Przeprowadziła się do Berkeley z Walii, ponieważ jej tata (jak się później okazało) miał pracować z jej bratem przy projektach nowych domów. Jane okazała się spoko dziewczyną. Grała na fortepianie. Pozatym lubiła rocka. Sama była trochę stuknięta. Często miewała napady weny twórczej co powodowało, że na lekcji potrafiła układać wiersze. Zazwyczaj miały tematykę śmierci, lub innych przygnębiających rzeczy. Uważała też że Elvis żyje.

W szkole.

Rebel właśnie wpisała się na listę, po czym zapłaciła 60$. Musiała żebrać od brata, ponieważ wszystko wydała na pokrowiec od gitary, i struny. Miała szczęście bo braciszek, przez te ostatnie projekty był stale przy kasie.
Kiedy wróciła do ławki, zauważyła list. No dobra nie list ale liścik. Miał tytuł:
“Oda do szopy”. Rebel odrazu domyśliła się od kogo list pochodził. Kat zdążyła się wykórować i już dziś była w szkole. Czy ona naprawdę chce znowu oberwać?
Rebel przeczytała treść listu. Było tam pełno przekleństw wyzywających ją od najgorszych. Rebel przeczytała to i roześmiała się. Wzbudziła ogólną sensację, ponieważ akurat w tym momencie w klasie trwała cisza. Frose tłumaczyła jakieś wzory chemiczne. Spojrzała na nią jak na opętaną i bez słowa wstawiła jej naganę. Kiedy Rebel już chciała się kłócić, pomyślała że nie warto. Nie pierwsza i nie ostatnia. Pozatym miała zamiar skopać tyłek Kat. Nie chodziło jej o przemoc, o nieee. Sama nie chciała zbytnio oberwać przed jutrzejszym wyjazdem. Chciała zrobić coś co ta małpa zapamiętałaby do końca życia.

Lekcje się skończyły. Rebel, Jane, Billie, Mike i Frank wracali ze szkoły. Rozmawiali o jutrzejszym wyjezdzie. Chcieli, żeby było jak najfajniej. BJ właśnie opowiadał im historię ostatniego obozu. Wyjechali gdzieś na jakieś bagna, gdzie nawet nie było telefonu. Wtedy Rebel przypomniała sobie pamiętny obóz kiedy mieszkała jeszcze w Nowym Jorku z rodzicami. Wyjechali wtedy ze szkołą na obóż który miał się odbyć w Kanadzie. Skończyło się na tym, że spali w jakiejś puszczy. Najlepsze było to że nikt nie wziął śpiwora. Do tej pory śmiała się kiedy przypominała sobie widok dziewczyn z 7 klasy, chodzących w szpilkach w lesie. Chciałaby żeby tamte czasy wróciły. Żeby jej mama, tata, brat i ona sama znów byli razem. Niestety przeminęło…
Jane po szkole przyszła do Rebel. Uczyły się chemii i fizyki. W pewnej chwili ktoś uderzył kamieniem w okno. Rebel i Jane wyjrzały przez okno. Wszyscy trzej, czyli Mike, Billie i Frank czekali na nie pod domem. Zamierzali wziąć je na sanki. Na początku dziewczyny nie chętnie się do tego przychylały. Musiały się uczyć, wkońcu Jane nie znała połowy tematu. Mike przyszedł ze swoją dziewczyną Cruz. Była to dość wysoka dziewczyna o czarnych włosach i ciemnej cerze. Zanosiło się na ostrą jazde.
Kiedy Rebel i Jane wkońcu się wygramoliły, minęło 15 minut. Chłopaki powoli zaczynały świrować, ponieważ zimno doskwierało im boleśnie. Dziewczyny szybko wyszły z domu, po czym zostały zaprowadzone na jedyne w Berkeley wzgórze. Nie było ono wysokie, ale na sanki w sam raz.
- Kto wyciąga sanki na górę?- spytał Frank.
- No wiesz, też pytanie! Wy!- oburzyła się dla żartu Jane. Oczywiście ciężkie metalowe sanki musieli wynieść chłopcy. Szkoda że mieliśmy tylko 3 pary sanek. Musieliśmy jeździć parami. Mike jezdził z Cruz, ja miałam jeździć z Jane. Billie i Frank, uznali jednak, że nie będą ze sobą jeździć, bo nie chcą się spedalić. Skoro tak chcieli tak było. Rebel usiadła z Billie’m a Jane z Frank’iem. Zabawa była świetna. Najlepsze było to, że nie ubity śnieg, nie dawał się ujezdzić. Dlatego też, zjeżdżali tylko 2m, po czym wywracali się razem z sankami. Później Jane wpadła na pomysł, żeby staczać się z góry. Piski roznosiły się po całej okolicy.
Nadszedł wieczór. Wszyscy byli przemoczeni i zmarznięci. Powoli zaczęli zmierzać w kierunku swoich domów. Ostatnia do domu wróciła Rebel. Kiedy tylko weszła do środka, ściągnęła z siebie mokre rzeczy, i powiesiła je na suszarce. Wysuszyła sobie włosy, i zmieniła ubrania. Czuła się jak wymięty swetr. Poobijana, i potłuczone, ogłuszona przez piski, nie czuła się dobrze. Miała ochotę rzucić się na łóżko i zasnąć. Kiedy jednak położyła się spać, długo przewracała się z boku na bok. Kiedy już prawie zasnęła, zadzwonił telefon. Powoli wygrzebała się z łóżka, i odebrała stary, czerwony, przedwojenny aparat. W słuchawce usłyszała gruby, męski głos przepraszający za tak późny telefon. Nie to jednak było ważne. Wiadomość którą później usłyszała, oszołomiła ją. Nie wierzyła.
Zamilkła i nie odezwała się więcej. Wzięła telefon i rzuciła nim z całej siły o ścianę. Zaczęła krzyczęc, głosem tak donośnym i przeraźliwym, że postawiła na nogi Rob’a.

Stanął w korytarz w samych bokserkach i zobaczył zapłakaną siostrę, uderzającą i wywracającą wszystkie przedmioty w zasięgu jej rąk. Podszedł do niej i złapał ją mocno za ramiona. Dziewczyna wyrywała się mu z ogromną siłą. Mówiła coś do niego, niestety przez ten histeryczny płacz, nie można było niczego zrozumieć. Wkońcu udało mu się to z niej wydobyć.
- Mama i tata nie żyją!!!- krzyknęła mu prosto w twarz. Spojrzał na nią tępymi oczami, po czym puścił ją i opadł bezwładnie na fotel. Ukrył twarz w dłoniach. Rebel spojrzała na niego. Puściła się biegiem na dół. Porwała kurtkę, i trampki, po czym wybiegła na podwórze. Było zimno i padał śnieg. Rebel puściła się biegiem ulicą. Chciała usiąść gdzieś, gdzie nikt jej nie skrzywdzi i nie opuści. Chciała znaleźć miejsce w którym będzie sama. Na zawsze.
Po morderczym biegu, Rebel upadła na pobocze. Zwinęła się w kłębek i zaczęła się modlić. Za duszę tych, którzy umarli. Za rodziców. Nie mogła pojąć dlaczego ludzie jej bliscy, którzy ją skrzywdzili… dlaczego tak odczuwała ich stratę. Przecież byli tak odlegli… Dla niej byli jak umarli. Lecz teraz kiedy ich naprawdę nie było, odczuwało się pustkę, taką jak nigdy. Rebel leżała na poboczu, i wpatrywała się w drogę. Zobaczyła postać powoli się do niej zbliżającą. Miała w dupie to, kim był ten ktoś. Teraz mogła by nawet umrzeć. Leżała dalej.
Poczuła jak ktoś podnosi ją z pobocza. Przyjrzała się jego twarzy, nie mogła jednak rozpoznać kto to. Znała tą twarz. Podniosła dłoń do góry i dotknęła policzka osoby stojącej nad nią. Czuła ciepło bijące od niej. Ona leżąca na lodowatej, przeszytej mrozem ziemi, czuła się jak kostka lodu. Wkońcu dostrzegła osobę stojącą nad nią. Nie była ona sama. To był Frank i Jane. Rebel nie miała czasu zastanawiać się, co robią razem tutaj o tej porze. Frank delikatnie objął ją i pocałował w czoło. Stająca obok niego Jane chwyciła Rebel za dłoń.
- Spokojnie… – powiedział Frank. Spojrzała na niego i wyszeptała “dziękuję”.
Zemdlała.

Comments are closed.