02/11
2010

Tytuł się zmył…

Tytuł się zmył…
Rebel obudziła się za strasznym bólem głowy. Na początku nie wiedziała jakim cudem się tutaj znalazła. Pamiętała tylko że biegła, i biegła… Nie myśląc długo spojrzała na zegarek. Była równiutko 7:00. To znaczy że jeszcze zdąży. Wyjazd jest dopiero o 9… Rebel spojrzała na siebie. Musiała spać w mokrej pidżamie, ponieważ czuła się cholernie źle. Coś wbijało się jej w plecy. Rozglądnęła się po pokoju. W nogach jej łóżka znajdowały się znajome kurtki. Nie mogła sobie jednak uprzytomnić do kogo należały. Powoli podniosła się z łóżka. Po przejściu dość obszernego pokoju, spojrzała w lustro. Makijaż rozmazany, włosy nie do rozczesania. Jednym słowem: pogrom.
Drzwi powoli się uchyliły. To Rob wchodził bardzo powoli, ponieważ bał się że obudzi siostrę. Zobaczył ją przeglądającą się w lustrze. Wyglądała fatalnie. Spojrzał na nią i delikatnie ją przytulił. Mimo że była to jego siostra, miał w niej dobrą przyjaciółkę. Teraz była jego jedyną rodziną. Jak się okazało samolot na którego pokładzie znajdowali się ich rodzice poprzedniej nocy runął w dół. Dowiedział się wszystkiego dzisiaj rano.
- Rebel… Jak Ci?- spytał z uśmiechem. Był on jednak bardzo wymuszony.- Zrobić Ci śniadanie czy coś takiego…?
- Dobrze mi.- odpowiedziała nadal wpatrując się w lustro.- Za śniadanie dzięki, sama coś sklece. Dzięki…- odwróciła się i spojrzała na swojego brata. Jej oczy były zgaszone i nieobecne. Widać było że to ją boli. Utrata.- Jak się tutaj znalazłam?- spytała.
- Jakiś chłopak i dziewczyna Cię przynieśli… śpią na dole w salonie. Jakaś reszta twoich przyjaciół też się zeszła.
- Pieprzysz!! Ale my mamy jechać…
- Już byłem po ich plecaki. Już chyba nie śpią. Pozatym przyszło jeszcze jakiś dwóch chłopców.- Rebel po usłyszeniu tej informacji, przebiegła obok brata jak błyskawica i zbiegła na dół. Szybko pomknęła do salonu. Na kanapie siedziała cała czwórka. Wszyscy wyglądali na zmartwionych. W pewnej chwili Rebel zrobiło się głupio. Teraz zamiast cieszyć się z wyjazdu martwią się o nią, tą głupią idiotkę.

Powoli weszła do salonu. Stanęła w drzwiach do niego prowadzących. Nie mogła się ruszyć. Spojrzeli na nią i podbiegli do niej. Wszyscy ją ściskali, całowali i witali w świecie żywych. Czuła się naprawdę uszczęśliwiona. Patrzyła na nich i widziała w ich oczach prawdziwą radość. Nie taką udawaną, z przymusu. Cieszyli się naprawdę szczeże.
- Dziecko coś ty sobie wymyśliło?- zapytała Jane.
- Moi rodzice nie żyją.- odpowiedziała krótko. Przyjaciele spojrzeli na nią, i ponownie ją przytulili. W oczach Rebel pojawiły się łzy. Nie wiedziała co czuć. Ma się smucić z powodu śmierci rodziców, czy cieszyć z tego, że ma przyjaciół. Trudny wybór.
- Ale wracając do spraw weselszych… Jedziemy czy nie?- niespodziewanie zapytał Mike.
- Ja bym raczej chciał… Ale jak Rebel nie to…- nie dokończył Billie ponieważ Rebel natomiast odpowiedziała.
- Jadę… oderwę się od tego wszystkiego. I macie mi w tym pomóc. A i jeszcze jedno. Dziękuje moim wybawicielom.- uściskała Jane i dała całusa w policzek Frank’owi. Na twarzy Billie’go malowała się zazdrość. Nikt jednak jej nie dostrzegł.- Ale co wy robiliście o 24 na odległej drodze Berkeley?- spytała z szatańską miną Rebel. Frank i Jane nic nie odpowiedzieli tylko spojrzeli na siebie i roześmiali się. Wiadomo o co chodzi. Jak ta Jane to robi? Zna Frank’a może dwa tygodnie, a już Go sobie przygruchała. Rebel nie miała takiego szczęścia.

Powoli zbliżali się całą czwórką pod szkolny parking. Była 9:50. Przyśpieszyli kroku bo zauważyli że ich klasa powoli pakuje się do autokaru. W ostatniej chwili udało im się zameldować u pani Frose. Spojrzała na nich ( jak zwykle) ze zgorszeniem, i kazała zająć miejsca. Chcieli mieć miejsca na samym końcu autobusu. Niestety były zajęte. Był to jednak mały problem. Frank, Mike i Billie chwycili siedzących tam kujonów i kazali im siadać gdzie indziej. Skończyło się na tym, że to ich paczka zajmowała najlepsze miejsca.
Podróż była strasznie długa. W dodatku po drodze ich autobus zepsuł się ze trzy razy. Wszyscy byli strasznie senni. Aby zabić czas grali w karty i wygłupiali się. Billie jak zwykle wziął swoją gitarę, i prezentował im swoje trzy akordowe granie. Rebel miała wziąć gitarę, niestety przez to całe zamieszanie, całkowicie o niej zapomniała.
Rebel prawie usypiała. Siedziała koło okna, i wpatrywała się w mijające ich samochody. W końcu jej głowa wydała jej się tak ciężka że nie mogła jej utrzymać. Siedzący obok niej Billie czytał jakąś gazetę. Rebel nie miała nawet siły czytać. Wkońcu zasnęła. Jej głowa niespodziewanie opadła na ramię Billie’go. Billie spojrzał na Rebel. Nie wierzył, że mógła mu się podobać. Właściwie to niezdawał sobie z tego zbytnio sprawy. Bardziej pasowałaby mu Jane. Niestety, Frank go ubiegł.
Rebel poruszyła niespodziewanie głową. Jej włosy delikatnie dotknęły twarzy Billie’go. Pachniały kokosem. Nie wiedział co czuć. Beznadziejne uczucie.

Po około 5 godz. jazdy dojechali do obskórnego hoteliku “Egmont”. Nie myśląc długo zajeli miejsca w jak najlepszych pokojach. Były to małe klitki, w których znajdował się jeden zagrzybiony prysznic i ubikacja. W oknach wisiały firanki z koca. Obrzydzenie łapało gdy tylko patrzyło się na ten pokój. Na szczęście tylko 3 dni. Rebel nawet się nie rozpakowała. Spojrzała tylko na szafę. Obrzygana od góry do dołu. A fee.
W pokoju była razem z Jane. Okazała się niezbyt kłopotliwa. Może tylko wtedy wkurzała kiedy nagle dostawała ataków weny. Nagle zaczynała się wydzierać na cały pokój i krzyczeć ” Dawaj kartkę!! Wena!!”. Wtedy pokój był przewracany do góry do dołu, tylko w poszukiwaniu kartki.

Comments are closed.