Strach.
Rebel biegła i biegła. Nie wiedziała skąd dostała takiej siły by biec bez przerwy. Czuła się tak jakby ktoś ugodził ją nożem, prosto w serce. To co powiedział Rob było… nieludzkie. Kiedy Rebel miała 7 lat, w Rob 14 rodzice ich zostawili. Napisali list o tym, że mają dość takiego życia. Nie chcą dłużej zajmować się bachorami, i prowadzać się z nimi za rączke. Sama Rebel pochodziła z bogatej rodziny. Dawniej mieszkali w Nowym Jorku. Kiedy jednak rodzice odeszli zaczęło brakować funduszy. Przeprowadzali się bardzo cząsto. Wkońcu trafili tutaj, do Berkeley. To miała być ich ostatnia przeprowadzka.
Po dość długim czasie histerycznego płaczu i biegu, Rebel zrozumiała że znalazła się w nieznanej jej części Berkeley. O ile to wogóle było Berkeley. Żadnych zabudowań, barów ani sklepów. Wokół niej rozciągały się tylko pola zarośnięte chwastami. Poczuła STRACH. Nie wiedziała jak trafić do domu, a z tego biegu zapamiętała tyle, że przewracała się nie mal co 5 minut.
Rebel spojrzała na swoje dłonie i kolana. Było na nich pełno krwi i poździeranej skóry. Ręce na których znajdował się kurz, przedostający do przetartych miejsc powodował że grabiały jej ręce. Nie z zimna, ale bólu. Zimno także jej doskwierało. Temperatura ledwo przekraczała 10 stopni, a ona w samym podkoszulku na ramiączkach.
Rebel usiadła na kamienistym poboczu. Musiała odpocząć. Czuła jak jej serce bije w zawrotnym tępie. W pewnej chwili Rebel usłyszała kroki. Zbiliżające się coraz bardziej, i co gorsza zmierzające w jej kierunku. Nie myśląc długo wstała, tak jakby niczego się nie domyślała. Na początku szła powoli, tak jakby nigdy nic. Kiedy jednak usłyszała że ktoś się zbliża postanowiła przyśpieszyć. Przyśpieszała coraz bardziej. W pewnej chwili gdy usłyszała że ktoś za nią biegnie rzuciła się do biegu. Biegła ile miała sił w nogach, niestety nogi odmawiały posłuszeństwa zmęczone wcześniejszym biegiem.
Odwróciła się. Zobaczyła wysoką i barczystą sylwetkę. Biegła i coraz bardziej się zbliżała. Niestety Rebel nie mogła dalej biec. Zatrzymała się o rozglądnęła. Chwyciła leżącą na poboczu deskę.
- Choć tu i walcz!!- krzyknęła po czym pobiegła i z całej siły uderzyła kolesia deską w głowę. Facet zachwiał się i upadł. Nie na długo jednak. Szybko podniósł się i puścił w biegu za Rebel. Nie mogła jednak biec. Był to już delikatny trucht. Poczuła jak facet chwycił ją za szyję.
Ukryta w czarnych rękawiczkach dłoń pociągnęła ją za szyję tak mocno, że prawie złamała jej kręgosłup. Rebel kopała, drapała i gryzła. Na nic się to nie zdało. Mężczyzna z łatwością powalił ją na pobocze drogi. Parę razy udało się jej go podrapać po twarzy. Niestety nic to nie dało. Szarpała się z nim przez około 15 minut. Wkońcu nie miała już siły. Poczuła jak mężczyzna zwala się na nią z wielką siłą. Po chwili zaczął rozpinać jej pasek i zamek od spodni.
-” Boże pomóż mi…”- myślała Rebel. Po tej myśli zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Mężczyzna chciał zerwać z niej bluzke. Nie dawała się, lecz był on od niej o wiele silniejszy. Ona sama opadała z sił, zmęczona walką i płaczem. Zaczęła krzyczeć. Jej głos roznosił się po całej okolicy. Kiedy pomyślała że nie ma już szans… usłyszała coś.
Usłyszała zbliżające się kroki. Na pewno nie jedej osoby. Były 3-4 osoby. Po chwili zaczęły krzyczeć. Rebel nie słyszała, ponieważ nadal krzyczała. Zobaczyła 3 zbliżające się postacie. W jednej chwili wysoki chłopak o brązowych włosach odciągnął go od Rebel z dużą siłą. Rebel nie miała pojęcia co się dzieje. Leżała tam tak z otwartymi oczami i ustami. Bała się wstać z Ziemi. Gdy wróciła do rzeczywistości zobaczyła że wszyscy trzej kopią i biją tamtego faceta. Widziała że wokół tryskała krew. Słyszała jęki i odgłosy bólu.
- Dobrze mu tak…- wyszeptała. Kiedy tamtych trzech porządnie skopało tamtego, podeszli do niej i podnieśli ją z pobocza. Była cała w błocie i krwi, która lała się z jej dłoni, kolan i skroni. Jej twarz cała była w czarnym tuszu i cienia, który zmył się przez łzy.
- Ej żyjesz? Spokojnie nic Ci nie zrobimy…- powiedział jeden z nich o niesamowicie niebieskich oczach.
- D…d… dob-dobrze…- Rebel zaczynała przytomnieć. Spojrzała w twarze tych kolesi. Ej, przecież jeden z nich to ten któremu podawała ściągę. Oni też ją chyba poznali.
- Czy ty doszłaś dziś do naszej klasy…?- spytał ten z zielonymi oczami.
- Tak… Jestem Rebel. Ekkhem chwilka.- odwróciła się po czym zapięła spodnie i poprawiła bluzkę.
- Ja jestem Mike, to jest Billie Joe, a to Frank.- przedstawił najwyższy z nich Mike.
- Ahaa…- odpowiedziała.
Wracali teraz w czwórkę do Berkeley. Wytłumaczyła im jak to się stało. Przy okazji poznała swoich wybawicieli trochę bardziej. Jak się okazało mieli oni zespół.
- Ej wiecie co… dzięki wielkie. Uratowaliście moją cnotę.
- Ehe…- wybuchneli śmiechem.
- Przecież nie ma w tym nic śmiesznego. Już bym wolała z którymś was niż z tamtym czymś.- znów wybuchneli śmiechem. Frank rzucił się nią w żartach mówiąc przy tym ” Come one baby”. Rebel odzyskała dobry humor. Pomyślała że to może początek przyjaźni…? Nic nie wiadomo.
Po dłuższym czasie poszukiwań dotarła wraz z chłopakami do domu. Kiedy już dotarli nie wiedziała co powiedzieć.
- No co ja mam… cholera… dzięki.- po czym dała każdemu z nich po buziaku w policzek. Na nic innego nie było jej stać.
- Dzięki jeszcze raz…
- Nie no nie ma za co…- odpowiedział Billie. Po jeszcze paru podziękowaniach wróciła do domu. Rzuciła się na łóżko. Zasnęła. Snem ocalałych.
