05/26
2010

Strach.

Strach.
Rebel biegła i biegła. Nie wiedziała skąd dostała takiej siły by biec bez przerwy. Czuła się tak jakby ktoś ugodził ją nożem, prosto w serce. To co powiedział Rob było… nieludzkie. Kiedy Rebel miała 7 lat, w Rob 14 rodzice ich zostawili. Napisali list o tym, że mają dość takiego życia. Nie chcą dłużej zajmować się bachorami, i prowadzać się z nimi za rączke. Sama Rebel pochodziła z bogatej rodziny. Dawniej mieszkali w Nowym Jorku. Kiedy jednak rodzice odeszli zaczęło brakować funduszy. Przeprowadzali się bardzo cząsto. Wkońcu trafili tutaj, do Berkeley. To miała być ich ostatnia przeprowadzka.

Po dość długim czasie histerycznego płaczu i biegu, Rebel zrozumiała że znalazła się w nieznanej jej części Berkeley. O ile to wogóle było Berkeley. Żadnych zabudowań, barów ani sklepów. Wokół niej rozciągały się tylko pola zarośnięte chwastami. Poczuła STRACH. Nie wiedziała jak trafić do domu, a z tego biegu zapamiętała tyle, że przewracała się nie mal co 5 minut.
Rebel spojrzała na swoje dłonie i kolana. Było na nich pełno krwi i poździeranej skóry. Ręce na których znajdował się kurz, przedostający do przetartych miejsc powodował że grabiały jej ręce. Nie z zimna, ale bólu. Zimno także jej doskwierało. Temperatura ledwo przekraczała 10 stopni, a ona w samym podkoszulku na ramiączkach.
Rebel usiadła na kamienistym poboczu. Musiała odpocząć. Czuła jak jej serce bije w zawrotnym tępie. W pewnej chwili Rebel usłyszała kroki. Zbiliżające się coraz bardziej, i co gorsza zmierzające w jej kierunku. Nie myśląc długo wstała, tak jakby niczego się nie domyślała. Na początku szła powoli, tak jakby nigdy nic. Kiedy jednak usłyszała że ktoś się zbliża postanowiła przyśpieszyć. Przyśpieszała coraz bardziej. W pewnej chwili gdy usłyszała że ktoś za nią biegnie rzuciła się do biegu. Biegła ile miała sił w nogach, niestety nogi odmawiały posłuszeństwa zmęczone wcześniejszym biegiem.
Odwróciła się. Zobaczyła wysoką i barczystą sylwetkę. Biegła i coraz bardziej się zbliżała. Niestety Rebel nie mogła dalej biec. Zatrzymała się o rozglądnęła. Chwyciła leżącą na poboczu deskę.
- Choć tu i walcz!!- krzyknęła po czym pobiegła i z całej siły uderzyła kolesia deską w głowę. Facet zachwiał się i upadł. Nie na długo jednak. Szybko podniósł się i puścił w biegu za Rebel. Nie mogła jednak biec. Był to już delikatny trucht. Poczuła jak facet chwycił ją za szyję.

Ukryta w czarnych rękawiczkach dłoń pociągnęła ją za szyję tak mocno, że prawie złamała jej kręgosłup. Rebel kopała, drapała i gryzła. Na nic się to nie zdało. Mężczyzna z łatwością powalił ją na pobocze drogi. Parę razy udało się jej go podrapać po twarzy. Niestety nic to nie dało. Szarpała się z nim przez około 15 minut. Wkońcu nie miała już siły. Poczuła jak mężczyzna zwala się na nią z wielką siłą. Po chwili zaczął rozpinać jej pasek i zamek od spodni.
-” Boże pomóż mi…”- myślała Rebel. Po tej myśli zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Mężczyzna chciał zerwać z niej bluzke. Nie dawała się, lecz był on od niej o wiele silniejszy. Ona sama opadała z sił, zmęczona walką i płaczem. Zaczęła krzyczeć. Jej głos roznosił się po całej okolicy. Kiedy pomyślała że nie ma już szans… usłyszała coś.
Usłyszała zbliżające się kroki. Na pewno nie jedej osoby. Były 3-4 osoby. Po chwili zaczęły krzyczeć. Rebel nie słyszała, ponieważ nadal krzyczała. Zobaczyła 3 zbliżające się postacie. W jednej chwili wysoki chłopak o brązowych włosach odciągnął go od Rebel z dużą siłą. Rebel nie miała pojęcia co się dzieje. Leżała tam tak z otwartymi oczami i ustami. Bała się wstać z Ziemi. Gdy wróciła do rzeczywistości zobaczyła że wszyscy trzej kopią i biją tamtego faceta. Widziała że wokół tryskała krew. Słyszała jęki i odgłosy bólu.
- Dobrze mu tak…- wyszeptała. Kiedy tamtych trzech porządnie skopało tamtego, podeszli do niej i podnieśli ją z pobocza. Była cała w błocie i krwi, która lała się z jej dłoni, kolan i skroni. Jej twarz cała była w czarnym tuszu i cienia, który zmył się przez łzy.
- Ej żyjesz? Spokojnie nic Ci nie zrobimy…- powiedział jeden z nich o niesamowicie niebieskich oczach.
- D…d… dob-dobrze…- Rebel zaczynała przytomnieć. Spojrzała w twarze tych kolesi. Ej, przecież jeden z nich to ten któremu podawała ściągę. Oni też ją chyba poznali.
- Czy ty doszłaś dziś do naszej klasy…?- spytał ten z zielonymi oczami.
- Tak… Jestem Rebel. Ekkhem chwilka.- odwróciła się po czym zapięła spodnie i poprawiła bluzkę.
- Ja jestem Mike, to jest Billie Joe, a to Frank.- przedstawił najwyższy z nich Mike.
- Ahaa…- odpowiedziała.

Wracali teraz w czwórkę do Berkeley. Wytłumaczyła im jak to się stało. Przy okazji poznała swoich wybawicieli trochę bardziej. Jak się okazało mieli oni zespół.
- Ej wiecie co… dzięki wielkie. Uratowaliście moją cnotę.
- Ehe…- wybuchneli śmiechem.
- Przecież nie ma w tym nic śmiesznego. Już bym wolała z którymś was niż z tamtym czymś.- znów wybuchneli śmiechem. Frank rzucił się nią w żartach mówiąc przy tym ” Come one baby”. Rebel odzyskała dobry humor. Pomyślała że to może początek przyjaźni…? Nic nie wiadomo.

Po dłuższym czasie poszukiwań dotarła wraz z chłopakami do domu. Kiedy już dotarli nie wiedziała co powiedzieć.
- No co ja mam… cholera… dzięki.- po czym dała każdemu z nich po buziaku w policzek. Na nic innego nie było jej stać.
- Dzięki jeszcze raz…
- Nie no nie ma za co…- odpowiedział Billie. Po jeszcze paru podziękowaniach wróciła do domu. Rzuciła się na łóżko. Zasnęła. Snem ocalałych.

05/17
2010

Ucieczka.

Ucieczka.
Rano Rebel obudziła się obolała, i nie wyspana. Myślała, że może nie pójdzie do szkoły ale… Braciszek kochany uważa że najważniejsza jest nauka. Mimo próśb i gróźb o godzinie 8:24 wszyła z domu. Szła powoli, ponieważ na jej nogach powstały wielkie i bolesne zakwasy. Powoli dochodziła do szkoły i zastanawiała się czy “wybawiciele” wogóle się do niej dziś odezwą. Mogą ją przecież wyśmiać i rozpowiedzieć, jaka ona to “bezbronna”. Zawsze ta bezbronna dziewczyna może komuś dać glanem w twarz.
Powoli dochodziła do klasy. Mimo że wyszła dużo wcześniej znowu się spóźniła. I tym razem przywitał ją wóźny.
- No, no, no znowu spóźniona.- powiedział patrząc na nią swoimi niebieskimi oczami.
- Popracuje nad tym obiecuje. Przepraszam czas zmierzyć się z potworem.- chodziło oczywiście o lodowatą panią Frose, która napewno nie przywita jej entuzjastycznie.
Nacisnęła klamkę od klasy, po czym powoli weszła. Musiała się zmierzyć z tym samym lodowatym spojrzeniem, które przywitało ją wczorajszego feralnego dnia. Spojrzała po klasie. Jej wybawiciele siedzieli spokojnie w ławkach. O ile rzucanie w siebie papierkami można nazwać rzeczą spokojną.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie…- powiedziała zrezygnowana Rebel.
- Dzień dobry, kolejne spóźnienie…- odnotowała w dzienniku.- Ale co to? Rękawiczki? Ściągaj w tej chwili.
- Tylko że ja…- Rebel miała na swoich rękach szare rękawiczki z obciętymi palcami. Stwierdziła że zakrwawione plastry, nie są miłym widokiem. Odwróciła się do nauczycielkie i pokazała jej dłonie. Nauczycielka zrobiła wyraz zniesmaczenia po czym kazała jej usiąść w ławce.
Po podaniu sobie dłoni z chłopakami usiadła w ławce.
- Kartkóweczki…

Pani Frose sięgnęła do strarej torebki, która przypominała uszytą z imitacji krokodylej skóry. Po 5 minutach mocowania się z zardzewiałym zamkiem wyciągnęła zmięte kartkówki. Szczeże… nie wyglądały dobrze.Wszystkie były pokreślone czerwonym długopisem. Nie był to dla nikogo dobry znak. Wszyscy stali się smutni i jednocześnie wkurzeni.
- A więc tak… Dots… +2. Roller 1, Westmoke 1…- zaczynała wymieniać. Jak dotąd najlepszą oceną była plus dwója Eleonory Dots. Powoli myślała że sama źle napisała, a co gorsza podała złe wyniki Billie’mu. No cóż jakoś się z tego wytłumaczy.
- No to zostały nam dwie prace. Armstrong, Crash wstawać!!- podnieśliśmy się jak oparzeni. Zanosiło się na burzę. A raczej na huragan.
- Jako jedyni dostaliście piątki. Jest to dziwne, szczególnie Armstrong… Siadać pały.
- Coooo?! Ale za co?- Rebel była oburzona. Jakim prawem daje im jedynki?!
- Właśnie!! Przecież my nic…- Billie nie był w lepszym stanie. Co ta stara Frose ma w głowie?!
- Niewątpliwie ściągaliście. Nie ma mowy żeby Armstrong napisał dobrze.
- Ale przecież pani nas nie przyłapała!! Nie może pani!!- Rebel straciła jakąkolwiek kontrole nad sobą. Miała ochotę wygarnąc jej wszystko, co o niej myśli. Wyglądało na to, że Berkeley nie jest aż tak wspaniałe jak myślała. Wszystko odwraca się przeciw jej. Nie dość że pokłóciła się z bratem, to jeszcze prawie jakiś pedał ją zgwałcił… no i doszła teraz Frose. Może tylko się jej wydawało, ale w tej klasie nie było dla niej miejsca. Czuła się jak wyżutek, którego nikt nie potrzebuje. Nikt nie chce…
- Wstawia pani te pały?- spytała niby to grzecznie. Miała pewien plan.
- Ależ oczywiście. Nie będę tolerować kłamców, i oszukańców.
- W takim razie do widzenia.- Rebel pochwyciła swój różowy plecak, i ruszyła w stronę drzwi. Poczuła jednak jak paznokcie pani Frose, boleśnie wbijają się w jej ramię.
- Nawet się nie waż.- spojrzała na nią jeszcze surowszym wzrokiem niż zwykle. Nie myśląc długo Rebel strąciła dłoń nauczycielki i wyszła. Nie poszła jednak do domu. Postanowiła poczekać.

Lekcja się skończyła. Billie, Mike i Frank powoli wychodzili z klasy. Zobaczyli siedzącą na parapecie Rebel. Nie wyglądała na zadowoloną. W rękach trzymała pałeczki perkusyjne, którymi uderzała o własne uda. Kiedy zobaczyła chłopców pośpiesznie schowała je do plecaka. Podeszli do niej.
- Nooo ładnie jej wyjechałaś.- zaczął rozmowę Mike.
- A co się będę… ma problem.- odpowiedziała krótko.
- No to co spadamy? – spytał Frank.
- Właśnie… i tak mam karę.- powiedział Billie.
- A za co jeśli można wiedzieć?- Rebel dobrze znała ten ból.
- Za gitarę.- odpowiedział. Rebel nie wiedziała o co chodzi, nie miała jednak zamiaru drążyć.

Wyszli ze szkoły. Na początku rozmowa się nie kleiła. Potem jednak tematy same zaczęły się nasuwać.
- Grasz na perkusji? Na przerwie miałaś pałeczki widziałem.- spytał zaciekawiony Frank.- Sam gram na perkusji.
- Nieee, to mojego brata. Ja gram na gitarze. I na skrzypcach. Ale to zupełnie inna historia. Nic ciekawego.- odpowiedziała. Powoli zbliżali się do jej domu. Czuła, że być może zdobyła nowych przyjaciół. Było jej to na rekę bo jak dotąd nie miała się do kogo odezwać.
- Dzięki że mnie odprowadziliście. Cały czas jednak wydaje mi się że to nie na rękę wam.
- Nie no dobra, jakoś się wytłumaczymy.- powiedział z uśmiechem Mike.- kiedy już miała odchodzić przypomniała coś sobie.
- Czy tutaj jest jakiś kościół?

05/11
2010

Czołem siostro!

Czołem siostro!
Rebel nie wierzyła własnym oczom. Oczy były podkrążone, szminka rozmazana. Ale nie chodziło jej o twarz. Makijaż ukryje wszystko. Spojrzała na swoje włosy. Były… rude. Nie. Była to mieszanka rudego i czerwonego koloru.
- ” Ania z Zielonego Wzgórza kurwa mać!”- pomyślała. Tak wyglądała. W istocie. “Jane. Już po tobie”- pomyślała i puściła się w szaleńczym biegu w poszukiwaniu Jane. Dalej leżała z Frank’iem na podłodze. Nie budząc jej złapała ją za kołnierz bluzki, i podniosła do góry. Oszołomiona nie wiedziała co się dzieje. Spojrzała wystraszonym wzrokiem na Rebel i zamknęła oczy. Wydawało jej się że dostanie w twarz. Zamiast tego, usłyszała wściekły krzyk.
- Cos ty kurwa zrobiła z moimi włosami??!!- krzyknęła. Była w takiej furii jak nigdy. Mogłaby rozwalić ten dom na kawałki. Jane nadal nie rozumiała o co chodzi. Natomiast krzyki powoli zaczęły wszystkich wybudzać. Teraz, połowa imprezowiczów otoczyła kołeczkiem dwie dziewczyny. Jakiś chłopak zaczął przyjmować zakłady kto wygra. Inne dziewczyny śmiały się i szydziły z włosów Rebel.
- Zamknąć mordy!- krzyknęła do otaczających ją tłumów. Wszyscy natychmiast ucichli. Billie przyglądał się jej z niedowierzaniem. W oczach Rebel pojawiły się gorzkie łzy furii.- Coś ty kurwa z moimi włosami zrobiła?- zapytała poraz drugi.
- Oooo, podoba Ci się farba?- zapytał ktoś z ironią. Obróciła się i zobaczyła Ackley’a w objęciach Kat. Pomyślała że to już koniec. Teraz już przecież nic nie zrobi. Puściła Jane, złapała kurtkę i wybiegła z domu. Przeszła jedną przecznicę i usiadła na poboczu. Palcami złapała kosmyk włosów i zaczęła Go oglądać. “Poprostu wyjebiście. Cudownie.”- pomyślała, po czym ukryła twarz w dłoniach. Poczuła że ktoś obejmuje ją ramieniem. Otworzyła jedno oko i ujżała Billie’go. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Był to naprawdę szczery uśmiech. Zrobiło jej się ciepło na sercu.
- Nie jest tak źle.- powiedział po chwili. Rebel tylko uśmiechnęła się, i pocałowała Billie’go w usta. Później wstali i specerowali po Berkeley. Rebel rozmyślała. Teraz było jej głupio przez tą akcję z Jane. Naskoczyła na nią bez powodu. Przecież nie miała powodu żeby tak reagować. Powoli zaczynała układać słowa przeprosin. Nie było to przecież łatwe. Była to jej najlepsza przyjaciółka. Przynajmniej miała nadzieję, że jeszcze nią jest. Billie po chwili dostrzegł nieobecność Rebel. Zaproponował jej wizytę na drzewie (lol). Jak chcieli, tak zrobili.
Siedzieli teraz na pamiętnym dla nich drzewie. Powoli zaczął sypać śnieg. Białe chmury mozolnie przesuwały się po nieskazitelnie niebieskim niebie. Z kolejnego letargu wyrwał ją Billie.
- Jak damy na imiona naszym dzieciom?- Rebel prawie spadła z drzewa. Obsunęła się i oparła o konar. To pytanie było dla niej czymś niesamowicie nieprawdopodobnym i kosmicznym. Dzieciom? Naszym? O co mu chodzi?
- Yyy… Co ty masz na myśli?- spytała lekko zbita z tropu.
- To co słyszałaś!- uśmiechnął się. Rebel podniosła jedną brew do góry.- Chciałbym żebyśmy byli razem. Na zawsze.- spojrzała na niego z niedowierzaniem. Bała się. I cieszyła.
- Naprawdę chciałbyś być ze mną na zawsze?
- Tak!- odpowiedział. Rebel zaczęła się zastanawiać. To było dla niej… dziwne. Wymyślać imię swojemu dziecku.
- Maria. I Joseph. Marciano.

Rebel leżała na łóżku i czytała książkę. Przynajmniej tak to wyglądało. Nie mogła się skupić. Po dzisiejszej rozmowie z Billie’m, po tej całej aferze z włosami. Po chwili szybko ją odłożyła, i zaczęła się ubierać. Stwierdziła, że nie wytrzyma w domu, a wcale nie było późno. Po chwili znajdowała się na cichych o tej porze ulicach Berkeley.
Wyciągnęła z kieszeni spodni papierosa i zapaliła go. Szła teraz środkiem drogi, wsłuchując się w skrzypiący pod nogami śnieg. Powoli zaciągnęła się i wypuściła z ust nikotynowy dym. Nie myślała, że to miejsce, niezbyt piękne i okazała jak np. Nowy Jork, stanie się jej najlepszym domem jaki miała. Nie było tu pięknych wierzowców, kasyn, domów handlowych, ani wielkich kin. Ale przecież znalazła najważniejsze. Miłość. Nigdy nie odczuwała czegoś takiego. Taak miała dużo chłopaków. Wszyscy jednak nie traktowali jej poważnie. Każdy tylko chciałby Cię przelecieć i zostawić. Znała wiele dziewczyn, które tak kończyły. Jej się udało. Przeżyła.
Rebel powoli wracała do domu. Rob’a znowu nie było. Dostał projekt, który miał wykonać na wczoraj, więc teraz siedzi na budowie i nadzoruje. Czasami Rebel miała tego dość. Nie było Go całymi dniami w domu. Chciałaby z nim pogadać, opowiedzieć co się działo w szkole, jakich ma przyjaciół. Chciałaby się mu zwierzyć… Mieć po prostu normalną rodzinę…
Rebel powoli otwarła furtkę. Właściwie nie musiała. Była otwarta. Zastanowiło ją to. Przecież gdy wychodziła na pewno ją zamykała. Po cichu zaczęła kierować się w stronę drzwi. Były lekko uchylone. Delikatnie je popchnęła. W środku nic się nie zmieniło. Na środku salonu leżała jakaś czarna peleryna. Mokre ślady prowadziły do pokoju Rebel. Postanowiła sprawdzić kto to.
Była pod drzwiami pokoju. Przyłożyła do nich ucho i nasłuchiwała. Najwyraźniej ktoś bawił się jej skrzypcami. Po chwili usłyszała ciche kartkowanie stron.
- Och jak ja bardzo Go kocham. Pierwszy raz coś takiego przeżywam…- ktoś znajdujący się w jej pokoju, czytał jej pamiętnik. Postanowiła tam wejść. Po głosie wywnioskowała, że była to młoda osoba. Na pewno od niej młodsza.
Otworzyła drzwi. Jakaś młoda dziewczyna kartkowała jej pamiętnik.
Dziewczyna spojrzała na nią bardzo pewnym siebie wzrokiem. Miała szare oczy i krótko ścięte, postawione na żelu czerwone włosy.
- Co jest?- zapytała bardzo ładnym głosem. Rebel spojrzała na nią jak na nienormalną.
- To chyba ja powinnam spytać co jest! Ktoś ty i czego tutaj?- zapytała Reb.
- Ja naprawdę jestem nikim… Mnie tu nie ma. I nie było.- odpowiedziała. Rebel nie zrozumiała z tego za dużo. Dziewczyna wyglądała na lekko pokręconą, najprawdopodobniej była z Anglii. Miała ten wyjebiście miękki akcent. Angielka wstała i obeszła Rebel do okoła. Miała może 12-13 lat. Wymalowane na czarno oczy powodowały, że wyglądała o wiele starzej.
- Kim ty jesteś?- zapytała Reb, po czym zmierzyła ją groźnym wzrokiem.
- Własnej siostry nie poznajesz?

05/06
2010

Zaskoczenie.

Zaskoczenie.
Dalsza część opowiadania o Rebel Crush, mieszkającej w Berkeley ;) .
A tak przy okazji.
Dziś mam urodzinki (czekam na życzenia) :D !

Spojrzeli na nią jak na nienormalną. Kościół? Taka babka chce iść do kościoła? Ta która nie boi się nauczycielki i ucieka z lekcji? Wybuchneli śmiechem.
- No co?!- spytała zniesmaczona Rebel. Nie rozumiała o co chodzi. Chyba można mieć jakąś wiarę no…
- Ty do kościoła? Ty się dobrze czujesz?- Billie dotknął jej czoła. Strąciła jego dłoń po czym odwróciła się i wparowała do domu. Wiedziała że wszyscy tutaj są tacy sami. Mimo że rodzice Rebel nie byli wspaniali, to wychowali ją w Chrześcijańskiej wierze. Zdawało jej się że jest tu tylko kościół protestantów… ale cóż. Każda wiara jest dobra.
Po godzinie odrabiania lekcji, i tłumaczenie się bratu wyruszyła na poszukiwania. Zaczęła od centrum Berkeley. Pytała ludzi o drogę. Po prawie 3 godzinach poszukiwań, i słuchania zgryźliwych wypowiedzi przechodni zapytanych przez nią o drogę znalazła cel poszukiwań. Stanęła przed skromnym kościółkiem, zbitym z białych desek. Nie myśląc długo weszła do środka. Było tu bardzo skromnie. Na ołtarzu znajdował się tylko skromny marmurowy stolik. Było tutaj tylko około 10 ławek, dla ludzi.
Podczas gdy oglądała wnętrze, pojawił się pastor.
- Czego szukasz dziecko (dziecko?!)?- spytał pastor o dość dużym brzuchu i siwej brodzie.
- Nie nic… jestem nowa, przyszłam zobaczyć. I mam pytanie…
- Kto pyta nie błądzi.- jak się później okazało pastor Collins lubi rzucać takimi powiedzonkami.
- Czy tutaj jest jakiś chórek?

05/03
2010

Billie i Frank

Billie i Frank właśnie zmierzali do domu Rebel. Głupio im było za ten cały wyskok. Dla nich było to śmieszne, ale jak się okazało nie jest ona wcale taka twarda. Wkurzyła się i tyle. Trzeba było jednak jakoś przeprosić.
Frank nacisnął dzwonek. W środku rozległ się długi pisk. Czekali jakiś czas. Słyszeli że z pokoju nad gankiem dobiega głośna muzyka. Nie myśląc długo Billie pochwycił kamyk i uderzył nim w okno. Za pierwszym razem zero odzewu. Kiedy jednak uderzył drugi raz, okno podniosło się a w nim pojawiła się Rebel z białym szczurem na ramieniu. Spojrzała na nich. Pokazała im fuck’a i zamknęła okno. Chyba była to poważniejsza sprawa niż myśleli. Spróbowali jeszcze raz. Uderzali kamykiem w okno do znudzenia. Wkońcu Rebel nie wytrzymała i wystawiła głowę za okno. Na jej ramieniu dalej wisiał biały szczur.
- Czego?!- krzyknęła rozwścieczona. Nie dość że najpierw ją wyśmiewają, to potem chcą jej rozwalić okno. I doprowadzić do nerwicy.
- Chcieliśmy Cię przeprosić!! Wyłaź!- krzyknął Frank. Musiał w dalszym ciągu przekrzykiwać radio.
- Zobaczę co macie do powiedzenia.- okno zamknęło się z hukiem. Po chwili drzwi od ganku zaczęły się otwierać. Stanęła w nich Rebel w dżinsach i czerwonej kurtce z pacyfką. Na plecach miała futerał od gitary.
- Chodźcie mnie się spieszy, wytłumaczycie się po drodze.- minęła ich i nawet na nich nie spojrzała. Powoli zmierzała w stronę kościoła. Nie myśląc długo chłopaki rzucili się do biegu.
- No to my… chcemy… przepraszamy!!- tłumaczyli się zdyszania. Mimo że to faceci nie mogli nadążyć za długo nogą Rebel. Tłumaczyli się dość długo, ponieważ Rebel wogóle nie zwracały wogóle na nich uwagi.
- No…no,no przepraszamy.- tak zakończyła się ich nieskładna przemowa. Rebel stanęła przed nimi. Popatrzyła na nich swoimi szarymi oczami. Teraz ona wybuchnęła śmiechem. Stała przed nimi i zwijała się ze śmiechu. Nie mogła wytrzymać.
- A tym razem z czego się śmiejesz?- spytali.
- Wiecie jak fajnie wyglądaliście nie nadążający za mną i tak nie składnie tłumaczący się?- spojrzała na nich roześmianą twarzą. Wszyscy wybuchneli śmiechem.

Minął tydzień. Robiło się coraz zimniej. Rebel już zażegnała konflikt z nauczycielką, a także z chłopakami. Teraz chodzili prawie wszędzie razem. Jeśli nie szło jedno z czteroosobowej paczki, nie szedł nikt. Pewnego dnia na lekcji Billie dostał liścik następującej treści:
” Muszę z wami na przerwie pogadać. Ważne. Rebel .”
Na przerwie wszyscy spotkali się pod komórką woźnego. Chłopcy byli zaskoczeni tym listem. W szkole zazwyczaj trzymali się osobno. W końcu Rebel znalazła sobie koleżanki.
- Przyjdziecie w Niedziele do kościoła? Prooosze…- poprosiła Rebel.
- Ha ha ha. Chyba śnisz.- odpowiedział Mike.
- No proszę… dla mnie :) .- wyszczeżyła zęby. Kto jak kto, ale Rebel byłą bardzo ujmująca.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Chyba nie wiedzieli co zrobic. Po 5 minutach zastanowień zgodzili się. No przecież to ich przyjaciółka. Przecież jej tego nie zrobią.

W niedziele punktualnie o 12:20 byli w kościele. Nie weszli do środka. Staneli w wejściu. Nie wiedzieli o co chodzi. Na ambonie pojawił się pastor Collins. Był strasznie wystrojony. I co dziwne pierwszy raz od 5 lat się uczesał. Nawet brodę.
- Moi drodzy. Dzisiejsza msza będzie szczególna. Przed państwem. Najnowszy zespół ” Contest “. Chwila oczekiwania. Na scene wychodzą jakieś dziewczyny. Tylko gdzie ta Rebel. Hmm… może nie przyszła.
Chłopaki przyjżały się dokładnie. Zobaczyli ją. Stała w czwartym najwyżej usytuowanym rzędzie.
Rozległa się muzyka. Zaczęto śpiewać. Była to strasznie szybka piosenka. Mniej-więcej w środku wykonania solówkę miała Rebel. Chłopcy byli oczarowani. Jej mocny, lekko zachrypnięty głos rozbrzmiewał po całym kościele. Stali jak wryci z lekko rozwartymi ustami.

Msza się skończyła. Chłopaki czekały na Rebel przed wejściem do kościoła. Kiedy zobaczyli że już się zbliża zaczęli do niej podchodzić. Nagle jednak wpadł na nią chłopak który chodził do najstarszej klasy w szkole w Berkeley. Podszedł do niej i zaczął gadać. Chłopaki czekały jak skończą rozmowę. Rebel patrzyła na Ray’a (bo tak sie nazywał) z politowanie. Nagle jednak chłopak z całej siły przyciągnął ją do siebie i pocałował. Nie był to jednak pocałnek którego Rebel pragnęła. Chciała się uwolnić, niestety chłopak miał bardzo mocny uścisk. Kiedy myślała że będzie tak stać na pośmiewisko ludzi zobaczyła jak Billie odrywa Go od niej z całej siły i uderza pięścią w twarz. Ray leżał na zakurzonej ziemi. Billie stał nad nim i dyszał ze złości.
Rebel spojrzała w jego twarz. Nie wiedziała co powiedzieć. Billie obronił ją. JĄ! Nie pozolił by ktoś obcy się z nią całował. Nie wiedziała co czuć. Chciało się jej płakać. Nie dlatego że Billie uderzył Ray’a. Nie wiedziała dlaczego.
- Posłuchaj… jeśli ty i on…- powiedział cicho Billie. Próbował złapać ją za ramię.
- Nie… dziękuje.- z jej oczu pociekły łzy. Nie wiedziała jak się odwdzięczyć. Nie chciała by on ją za to przepraszał.
Głupota.