Czołem siostro!
Rebel nie wierzyła własnym oczom. Oczy były podkrążone, szminka rozmazana. Ale nie chodziło jej o twarz. Makijaż ukryje wszystko. Spojrzała na swoje włosy. Były… rude. Nie. Była to mieszanka rudego i czerwonego koloru.
- ” Ania z Zielonego Wzgórza kurwa mać!”- pomyślała. Tak wyglądała. W istocie. “Jane. Już po tobie”- pomyślała i puściła się w szaleńczym biegu w poszukiwaniu Jane. Dalej leżała z Frank’iem na podłodze. Nie budząc jej złapała ją za kołnierz bluzki, i podniosła do góry. Oszołomiona nie wiedziała co się dzieje. Spojrzała wystraszonym wzrokiem na Rebel i zamknęła oczy. Wydawało jej się że dostanie w twarz. Zamiast tego, usłyszała wściekły krzyk.
- Cos ty kurwa zrobiła z moimi włosami??!!- krzyknęła. Była w takiej furii jak nigdy. Mogłaby rozwalić ten dom na kawałki. Jane nadal nie rozumiała o co chodzi. Natomiast krzyki powoli zaczęły wszystkich wybudzać. Teraz, połowa imprezowiczów otoczyła kołeczkiem dwie dziewczyny. Jakiś chłopak zaczął przyjmować zakłady kto wygra. Inne dziewczyny śmiały się i szydziły z włosów Rebel.
- Zamknąć mordy!- krzyknęła do otaczających ją tłumów. Wszyscy natychmiast ucichli. Billie przyglądał się jej z niedowierzaniem. W oczach Rebel pojawiły się gorzkie łzy furii.- Coś ty kurwa z moimi włosami zrobiła?- zapytała poraz drugi.
- Oooo, podoba Ci się farba?- zapytał ktoś z ironią. Obróciła się i zobaczyła Ackley’a w objęciach Kat. Pomyślała że to już koniec. Teraz już przecież nic nie zrobi. Puściła Jane, złapała kurtkę i wybiegła z domu. Przeszła jedną przecznicę i usiadła na poboczu. Palcami złapała kosmyk włosów i zaczęła Go oglądać. “Poprostu wyjebiście. Cudownie.”- pomyślała, po czym ukryła twarz w dłoniach. Poczuła że ktoś obejmuje ją ramieniem. Otworzyła jedno oko i ujżała Billie’go. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Był to naprawdę szczery uśmiech. Zrobiło jej się ciepło na sercu.
- Nie jest tak źle.- powiedział po chwili. Rebel tylko uśmiechnęła się, i pocałowała Billie’go w usta. Później wstali i specerowali po Berkeley. Rebel rozmyślała. Teraz było jej głupio przez tą akcję z Jane. Naskoczyła na nią bez powodu. Przecież nie miała powodu żeby tak reagować. Powoli zaczynała układać słowa przeprosin. Nie było to przecież łatwe. Była to jej najlepsza przyjaciółka. Przynajmniej miała nadzieję, że jeszcze nią jest. Billie po chwili dostrzegł nieobecność Rebel. Zaproponował jej wizytę na drzewie (lol). Jak chcieli, tak zrobili.
Siedzieli teraz na pamiętnym dla nich drzewie. Powoli zaczął sypać śnieg. Białe chmury mozolnie przesuwały się po nieskazitelnie niebieskim niebie. Z kolejnego letargu wyrwał ją Billie.
- Jak damy na imiona naszym dzieciom?- Rebel prawie spadła z drzewa. Obsunęła się i oparła o konar. To pytanie było dla niej czymś niesamowicie nieprawdopodobnym i kosmicznym. Dzieciom? Naszym? O co mu chodzi?
- Yyy… Co ty masz na myśli?- spytała lekko zbita z tropu.
- To co słyszałaś!- uśmiechnął się. Rebel podniosła jedną brew do góry.- Chciałbym żebyśmy byli razem. Na zawsze.- spojrzała na niego z niedowierzaniem. Bała się. I cieszyła.
- Naprawdę chciałbyś być ze mną na zawsze?
- Tak!- odpowiedział. Rebel zaczęła się zastanawiać. To było dla niej… dziwne. Wymyślać imię swojemu dziecku.
- Maria. I Joseph. Marciano.
Rebel leżała na łóżku i czytała książkę. Przynajmniej tak to wyglądało. Nie mogła się skupić. Po dzisiejszej rozmowie z Billie’m, po tej całej aferze z włosami. Po chwili szybko ją odłożyła, i zaczęła się ubierać. Stwierdziła, że nie wytrzyma w domu, a wcale nie było późno. Po chwili znajdowała się na cichych o tej porze ulicach Berkeley.
Wyciągnęła z kieszeni spodni papierosa i zapaliła go. Szła teraz środkiem drogi, wsłuchując się w skrzypiący pod nogami śnieg. Powoli zaciągnęła się i wypuściła z ust nikotynowy dym. Nie myślała, że to miejsce, niezbyt piękne i okazała jak np. Nowy Jork, stanie się jej najlepszym domem jaki miała. Nie było tu pięknych wierzowców, kasyn, domów handlowych, ani wielkich kin. Ale przecież znalazła najważniejsze. Miłość. Nigdy nie odczuwała czegoś takiego. Taak miała dużo chłopaków. Wszyscy jednak nie traktowali jej poważnie. Każdy tylko chciałby Cię przelecieć i zostawić. Znała wiele dziewczyn, które tak kończyły. Jej się udało. Przeżyła.
Rebel powoli wracała do domu. Rob’a znowu nie było. Dostał projekt, który miał wykonać na wczoraj, więc teraz siedzi na budowie i nadzoruje. Czasami Rebel miała tego dość. Nie było Go całymi dniami w domu. Chciałaby z nim pogadać, opowiedzieć co się działo w szkole, jakich ma przyjaciół. Chciałaby się mu zwierzyć… Mieć po prostu normalną rodzinę…
Rebel powoli otwarła furtkę. Właściwie nie musiała. Była otwarta. Zastanowiło ją to. Przecież gdy wychodziła na pewno ją zamykała. Po cichu zaczęła kierować się w stronę drzwi. Były lekko uchylone. Delikatnie je popchnęła. W środku nic się nie zmieniło. Na środku salonu leżała jakaś czarna peleryna. Mokre ślady prowadziły do pokoju Rebel. Postanowiła sprawdzić kto to.
Była pod drzwiami pokoju. Przyłożyła do nich ucho i nasłuchiwała. Najwyraźniej ktoś bawił się jej skrzypcami. Po chwili usłyszała ciche kartkowanie stron.
- Och jak ja bardzo Go kocham. Pierwszy raz coś takiego przeżywam…- ktoś znajdujący się w jej pokoju, czytał jej pamiętnik. Postanowiła tam wejść. Po głosie wywnioskowała, że była to młoda osoba. Na pewno od niej młodsza.
Otworzyła drzwi. Jakaś młoda dziewczyna kartkowała jej pamiętnik.
Dziewczyna spojrzała na nią bardzo pewnym siebie wzrokiem. Miała szare oczy i krótko ścięte, postawione na żelu czerwone włosy.
- Co jest?- zapytała bardzo ładnym głosem. Rebel spojrzała na nią jak na nienormalną.
- To chyba ja powinnam spytać co jest! Ktoś ty i czego tutaj?- zapytała Reb.
- Ja naprawdę jestem nikim… Mnie tu nie ma. I nie było.- odpowiedziała. Rebel nie zrozumiała z tego za dużo. Dziewczyna wyglądała na lekko pokręconą, najprawdopodobniej była z Anglii. Miała ten wyjebiście miękki akcent. Angielka wstała i obeszła Rebel do okoła. Miała może 12-13 lat. Wymalowane na czarno oczy powodowały, że wyglądała o wiele starzej.
- Kim ty jesteś?- zapytała Reb, po czym zmierzyła ją groźnym wzrokiem.
- Własnej siostry nie poznajesz?
