Klon czy co…
Idę sobie dziś moją małą, wiejską ulicą, na której nic się nie dzieje, wprost do domu. Myślami jednak nie jestem na tej ulicy, a na koncercie Green Day’a o którym myślę chyba codziennie, a nawet częściej. No cóż niestety co mi z myślenia? A więc idę rozmażona moją ulicą, aż tu nagle… widze ubranego na czarno kolesia. Zmierza w moim kierunku. No cóż nie dziwne, skoro po drodze spotkałam już masę ludzi. Idę. Przyglądam się. I co widzę? Dziwnie znajomą twarz. Tylko kogo to twarz…hmm… Koleś miał postawione na żelu czarne włosy. Hmm, kto to? Jest coraz bliżej, więc mogę się lepiej przyglądnąć. Przechylam głowę w prawo, i w lewo. Kto to jest, przecież gdzieś Go już widziałam… Myślę dalej. Jest jakieś 20 m odemnie. Dobra patrzę dalej. Był ubrany w zwykłe, szarokawe dżinsy, i czarną kurtkę. Rozpiętą. Na plecach miał czerwony plecak. Strasznie zmasakrowany powiem szczeże. No ale ja chcę wiedzieć kto to! Przyspieszam kroku, aby szybciej zrozumieć. Lub przynajmniej mieć jakieś przypuszczenia. Idę, idę. Długo idę powiem szczeże. W końcu dokładnie widzę jego twarz.
Stanęłam jak wryta. Albo ja jestem nienormalna, albo widzę Billie’go. Nie przecież nie może być jakim cudem? Widzę jednak dokładnie: czarne włosy, zielone oczy… Identyczna twarz. Reszta też. Ten wzrost mniej-więcej… Stoje i stoje. Myślę, przecież nie będę tak stać jak debil. Ruszam, bardzo powoli, aby móc przyjżeć się dokładniej. Jest tak blisko że mogłabym Go dotknąć. Przeszedł obok mnie. Popatrzył na mnie tymi słodkimi zielonymi oczami. Chciałam krzyknąć żeby zaczekał ale… Co by Billie robił na nogach, w Polsce, na mojej małej wiejskiej uliczce? Kiedy przeszedł obok mnie odwróciłam się, i szłam tyłem póki nie zniknął mi z oczu. Ej ludzie powiedzcie mi czy to jakiś znak? Ja wątpie. Ale widziałam tego kolesia na własne oczy. Rzadko się widuje sobowtóra Billie’go na ulicy no nie?
